Ulubieńcy 2016 roku/ część druga







  Wczoraj pojawił się pierwszy wpis dotyczący ulubieńców, wybór nie był aż tak oczywisty po ostrej selekcji te produkty wylądowały tu gdzie są. Nie wspominałam o produktach, które kocham od paru lat, bo one już nie raz i nie ostatni się przewijają przez bloga, ale jest jeden typ produktów, który bez zawahania odpowiem, co w trawie piszczy. Czasem siedzę i z nimi umieram, czasem z nimi piję kawę albo co gorsze zarywam noce, by rano wstać jak zombi, bez kawy nie podchodź. Sporo czytam, ale nie o wszystkich książkach piszę dlaczego? Bo niektóre biorą szybką lekcję latania bez latawca, krótko pisząc są tak chujowe, że wracają na półkę... Ale książki to nie tylko „zabrane” godziny, wzloty i upadki, ale także relaks oraz pobudzanie naszej wyobraźni. To taki dziwne siedzisz na kanapie spoglądasz w ciemną szybę, zaczynasz czytać książkę przenosisz się w inną krainę, spoglądasz w tą samą szybę i wydaje Ci się, że ktoś na Ciebie patrzy. Jeżeli ktoś twierdzi, że cofanie w czasie nie istnieje to bredzi albo jest piany, albo o zgrozo żadnej książki w życiu nie przeczytał. Jak cofnąć się w czasie? Wystarczy dobra książka co akcja toczy się x lat temu a zaraz czujesz się jak barokowa panna...






  Kupiłam ją wraz z dwoma pozostałymi tomami, ale wydania kieszonkowego nie umiem czytać, na półce trochę tych jest, ale nie przejdę przez nie no chyba, że sobie lupę kupię i będę mieć normalną czcionkę. Trochę z „Tylko martwi nie kłamią” dałam ciała, bo to jest drugi dom z całej trylogii, ale plus jest taki, że gdy poznasz Kaśkę to i tak przeczytasz ten tom i będziesz próbować dopowiadać sobie co w pierwszym i trzecim się dzieje. Ta seria opowiada o profilerze Hubercie Meyerze, jeżeli czytałeś jej opowieści o Saszce to wiesz kim jest profiler. Ale jeżeli tego nie wiesz to już tłumaczę, jest to osoba, która pracuje dla policji i robi profil przestępcy w 99% wszystko się w nim zgadza, ale... O czym jest ta książka? Odsyłam do tego wpisu tam bardziej szczegółowo jest wyjaśnione, a fabuły całej zdradzać nie mam zamiaru. Wpis o tej książce!




  Fajnie jest zjeść obiad w restauracji? Pewnie, że tak, a wiesz co dzieje się na kuchni albo na zapleczu? Po tej książce zmienisz zdanie i przestaniesz denerwować obsługę restauracji, bo oni zawsze Ci się odpłacą tym samym, tyle że z uśmiechem. A na koniec powiedzą smacznego, nie chodzi tu o zwykłe plucie na kotleta czy do sałatki, ale są znacznie lepsze i „smakowitsze” sposoby na takich upierdliwych klientów. Kelner nieprzytomny? Ups zdarza się to bardzo często, ale powody są dwa albo pracował do bardzo późna w nocy i się nie wyspał, czyli spał maksymalnie dwie godziny. Albo po prostu ma kaca giganta! Książka lekka i bardzo szybko się ją czyta, jeżeli chcesz wiedzieć coś więcej na jej temat to odsyłam Cię do tego wpisu.




  Kolejną książką która zapadła mi ostro w pamięci to „Znalezione nie kradzione”, druga część z całej trylogii. Początkowo ją czytając miałam deja vu, zaczyna się tak samo, jak pierwsza część, ale opowiadania jest z innego punktu widzenia. Opowiada o ludziach, którzy ucierpieli w masakrze pod City Center, opowiada jak to ratownicy mijali „zardzewiałego” mercedesa oraz akcja wraca do domu obłąkanego Bradiego. Mieszka tam zaś inna rodzina w tym pewien chłopiec lubiący udawać się w sekretne miejsce, odnajduje zakopaną skrzynię i zawartość jego trochę przerosła oczekiwania. Jedno z jego rodziców ucierpiało w tym „wypadku” pod CC, co się dalej dzieje? Nie napiszę tego, bo bym zdradziła prawie że całą książkę. Ale tak samo, jak część pierwsza trzyma w napięciu i nie pozwala tak szybko zamknąć oczu, a gdy będziesz chcieć się od niej oderwać to zaraz zobaczysz, że zostało Ci tylko albo aż niecałe sto stron. Wpis o tej książce!




  Kto mnie zna wie, że uwielbiam Bondę, pierwsza jej książka trafiła do mnie przez totalny przypadek po prostu znalazłam jej recenzję w gazecie i musiałam ją mieć. I tak się to wszystko zaczęło, po tą część pojechałam aż na targi do Warszawy, bo była jej premiera. Pojechałam, kupiłam i dwa dni później czułam niedosyt i to spory. Aktualnie mam „Lampiony” ale dozuję ją ostro by poczekać do premiery ostatniej części. Jest to kontynuacja losów profilerki Saszki, ale końcówka jest taka, że gwarantuję, że książką pizdniesz o ścianę i się wnerwisz. Ja tak miałam i wiele innych osób, ten kto czytał wie, o czym piszę...




  Nie samymi książkami żyję i nie tylko kosmetykami, gdzieś pomiędzy nimi uwielbiam wszelkie pierdółki, które pomagają mi funkcjonować, ale warunek jest jeden muszą być dziwne. Nie lubię typowych produktów, wszyscy kochają misie a ja ich nie cierpię są słodkie do obrzygania wolę zamiast ich krowy. Dlatego też mam kubek z krowami, śpię z krową a psa mam łaciatego jak krowa. 




  Jednym z takich gadżetów nietypowych jest pomadka Gosha, zawsze mam ją przy sobie i zawsze jest w kosmetyczce. Jaki jej kolor? Ten potrafi spłatać figla, bo jest bezbarwny i to pamięć przenośna. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie potrzebna, ale zawsze wszyscy nabierają się na nią i śmieją się ze mnie, że po co daję im pomadkę skoro chcą pendriva. A tu taki psikus!




  Podobno ludzie czytający książki dzielą się na tych, co używają zakładek i na potwory zaginające rogi książek, ale zaraz skoro kupuję książkę dla siebie to po to, by po robić z nią co chcę. Dlatego też zaginam strony jak chcę, czasem ktoś mi jakąś wyrwie, ale nie bazgram po niech mam od tego naklejki z zakładkami. Tak sobie zaznaczam ciekawe fragmenty czy też cytaty warte uwagi, moje książki wyglądają trochę specyficznie, ale są moje, dziwne, ale prawdziwe. Takie dziwaczne naklejki kupuję w Biedronce jak zaczyna się sezon na artykuły szkolne, prócz tego, że ma naklejki to służy idealnie jako zakładka do książki.


A Ty jaką książkę ostatnio czytałaś? 
Copyright © Sklerotyczka