Ostry seks czy ostra jazda?





   Ostatnio znalazłam w pewnej gazecie, książkę, o której było bardzo głośno. Reklamowana jako hit, sam napis na niej mówi o niej wiele a brzmi „Ostry seks, Ostry język. Ostra jazda.” Mowa oczywiście o książce „Prokurator”, kupiłam i bardzo szybko ją przeczytałam. Długo trawiłam to, co w niej jest napisane, brzmi trochę jak wymieszanie dwójki utalentowanych pisarzy, którzy za dużo naczytali się Harlekinów i 50 odcieni szarości. 




   Książka opowiada o pani prokurator Kindze Błońskiej, która jest zdradzana przez męża więc pragnie chwili zapomnienia. Udaje się w tym celu do klubu, zgrywa arogancką i pyskatą pannę. Poznaje przez przypadek Łukasza, z którym spędza owocnie noc, ulatnia się i spotyka go na sali rozpraw. Bo to ona broni swojego „klienta” a on występuje w roli oskarżyciela. Sprawa jak zostaje przesunięta, bo ani jedno, ani drugie nie potrafi wykrztusić z siebie prawie żadnego słowa. Gdzieś na sali ten ją łapie i zaciąga do łazienki, ta dostaje spazmów, bo ona ma chcicę. 





   Więcej z fabuły nie napiszę, bo nie warto. Cała książka jest pisana takim rynsztokiem, którego nawet ja nie jestem w stanie zużyć w ciągu dwóch lat. Takie silenie się na modny seks i na wulgarność, nie jest sympatyczna ani przyjemna. To jak mysz zasuwająca na torreadorze szukająca lamy z gromnicą. Pomimo tego rynsztoku spod monopolowego, pomimo tych scen erotycznych gdzie brakuje jeszcze „Napluj mi na kutasa, suko!”, pomimo tego, że zapłaciłam za nią tylko albo aż dwadzieścia złotych. 




   Jest to książka taniego lotu, nic niewnosząca do życia, prócz tego, że dowiadujemy się, że możemy czytać szybko... Ale czy warto? Nie, to nie ta literatura... Nie warto wzorować się na kimś, nie warto robić coś na wzór innych książek. Bardzo możliwe, że gdyby autorka nie wzorowała się na wspomnianych książkach wyszłoby z tego coś przyjemnego, a tak wyszedł tylko polski szary odcień...

Copyright © Sklerotyczka