Równonoc





   Tęskno spoglądała zza szyby, przyglądała się każdemu, kto przechodził. Każdy, kto spojrzał w jej okno, widział tylko kobietę, która coś przeżyła. Większość uciekała wzrokiem, udawała, że nie znają, przechodzili na drugą stronę ulicy... Zaczynała niknąć w oczach, popadała w obsesję, bo przecież on się znajdzie! Ona to czuje! Tylko oczy zdradzały po niej najwięcej, widać w nich było ile wycierpiała, co straciła, a także jak ją to boli... Ciężko się żyje z tą świadomością, że on już nie wróci. Ciężej żyje się obok człowieka, którego się kochało. 




   Ciężko żyje się, gdy każdy tylko współczuje i nic więcej. Matka, słowo, które czasem znaczy więcej niż nam może się wydawać. Traktowana jak robot uniwersalny, zrobi wszystko, a jeszcze więcej potrafi unieść, nawet da radę, gdy straci dziecko. Ale gdzieś tam w jej wnętrzu, tli się nadzieją, że on żyje. Bo właśnie, nadzieja umiera ostatnia i to jest taka ostatnia deska ratunku. Deska, której żadna matka nie powinna wykorzystywać. Bo strata dziecka, czy to tylko zamartwianie się? Nie, to walka wewnętrzna z tym, co się czuje, a z tym, co się wie... A z drugiej strony walczy taka kobieta, z ludźmi co próbują jej wmówić. Najgorsze jest, gdy ona sama pozostaje z tymi wszystkimi myślami, z tym wszystkim i z tymi dziwnymi ludźmi, którzy spoglądają na nią jak na kogoś obcego. Jakby urwał się z innej planety.





     Są książki, które bardzo długo trawię. Do takiej należy „Równonoc”, nie jest to prosta książka, gdzie za chwilę usłyszymy szczęśliwe zakończenie. Nie to nie ta bajka, to jest samo życie. Bo właśnie życie pisze najgorsze, najpiękniejsze, a zarazem najokrutniejsze scenariusze. Powiadają, że sami jesteśmy kowalami losu niby to prawda, ale czy do końca? Nie, bo w tym zawiniła każda z matek. Bo chciały tego dziecka? Bo chciały je wychowywać jak najlepiej potrafiły? Nie, nic z tych rzeczy. Nikt nie powinien tych kobiet oceniać, szczególnie mężowie ich. Dlaczego? A gdzie oni byli? Ile dali tym kobietą oparcia? Czy usiedli z każdą z nich i przeżywali z nimi? Odpowiedzcie sobie sami na te pytania. Zresztą odpowiedzi są proste. 




    Fryczkowska porusza ważny, a także bardzo kruchy temat, bo dotyczy zaginięć dzieci. A każdy ten temat wywołuje sporo emocji. Akurat ta pozycja, zawiera ich o wiele więcej, niż początkowo zakładałam. Emocje z każdej strony płyną, sięgają każdego zakamarka serca, i powoli wbijają szpileczki... Ale każde jej wyciągniecie boli jeszcze bardziej. Opisuje idealnie, co te kobiety czuły, że nie da się rady jej przeczytać na raz. Czytałam ją na dwa razy. Po 160 stronie płynie się, akcja tak przyśpiesza, że zapiera dech w piersi, czuje się jakby było na najszybszej kolejce. I ten zjazd, najgorsze co może być... Skończyłam ją czytać z tydzień temu, a nadal siedzi w mej głowie. Zmusza do refleksji, pokazuje, że nie zawsze jest kolorowo i wesoło. Kolejna bardzo dobra, ba mocna pozycja z serii na faktach.




Copyright © Sklerotyczka