Tak dziś jemy. Biografia jedzenia.







     Pewnie pomyślisz co to za wymysł, kolejna jakaś dziwna książka. A do tego wszystkiego biografia. A no tak, biografia jedzenia. Dlaczego, tylko celebryci czy jakieś przyrządy, mogą mieć swoją biografię? A jedzenie już nie? Otóż może mieć. I wiesz co? Ta książka uświadomiła mi parę rzeczy. Akurat, teraz gdy każdy ma więcej czasu, wzięłam na chłodno to, co autorka pisze. A rozkłada na czynniki pierwsze, wszystko, co związane z jedzeniem. Niby nic niezwykłego, skoro przecież mamy trenerów personalnych, którzy „robią” za nas największą robotę. Czy dietetycy, czy też siłownie? Możemy ćwiczyć w domu, pod chmurką, czy w obiektach sportowych. Liczyć kalorię, rozkładać na czynniki pierwsze to ile zjedliśmy białka, węglowodanów i innych substancji odżywczych. Ale wiesz co? Chrzanić to wszystko!













     Dosłownie chrzanić to wszystko. Autorka udowodniła już na pierwszych stronach, że ma rację. Żyjemy w pędzie, pozbawiamy się sami przyjemności i jemy tyle, że czasem aż za dużo. Od jak dawna mówi się, by jeść wolniej. Ale co to znaczy wolniej? Od x czasu pędzimy, gonimy za czymś. Jak szalony królik, za marchewką, a gdy już ją dorwiemy, zjadamy ją w pięć sekund. Nie tędy droga. Może czas najwyższy, by zacząć raz dziennie zrobić jeden nawyk, by zwolnić i zjeść śniadanie lub obiad wspólnie. Później przyjrzyj się talerzom, bo one także się zmieniły. Wyglądają całkiem inaczej niż te dwadzieścia lat temu... Są większe, przez co my więcej jemy. Jemy więcej, szybciej i znacznie więcej słodyczy. Możecie się ze mnie śmiać, ale dopiero ta książka pokazała mi numer z winogronami. W sklepie mamy czerwone bardzo słodkie, a jest ich przecież znacznie więcej odmian. Dlaczego ich nie ma? Bo konsumenci chcą słodkie. Chore? Otóż to. Banany? No kiedyś podobno smakowały inaczej. Zostały zastąpione inną odmianą. Woda? Ale po co pić wodę? Przecież weźmy napijmy się Coca Coli albo Pepsi. Takie niby błahe rzeczy, takie proste i łatwe na wyciągniecie ręki. Które odtrącamy, chociaż nie powiem, wiele osób powraca do gotowaniach w domu. Zamiast żyć na gotowym jedzeniu.









     Skąd wiem, że wracają do gotowania? Starczy spojrzeć na ilość blogów kulinarnych. Wiele. A także wiele z nich się powiela. Zresztą co przepis, to każdy prawie taki sam. Jeżeli mam gotować, to nie wyobrażam sobie kuchni bez dwóch rzeczy, bez przyprawy cząber i bez świeżych warzyw. To wystarczy, by zrobić z tego cuda. Dlaczego cząber? Jest to przyprawa, dodająca magi każdej potrawie. Idealnie nadaje się do grzybów, masła czy sosów. Jedzenie to ma być przyjemność, ale jaką może być przyjemnością, skoro nikt nam nie pokazał, że gotowanie da się lubić. Lubię, chociaż patrząc na swe początki, były poniżej poziomu morza. Totalna porażka, sama nauczyłam się gotować i dochodzę dalej do wielu rzeczy. Kuchnia to jeden wielki eksperyment, eksplozja smaków i szaleństwo barw i zapachów. Po co, zabierać sobie frajdę, psując i zamawiając gotowe jedzenie. Albo o zgrozo, korzystać z gotowych sosów czy innych obrzydliwych dodatków. Autorka, zresztą to pokazuje. Dobitnie i w bardzo prosty sposób. Rozprawia się z mitami, gdzie wielu z nas uważa, że gotowanie to pół dnia, spędzonego w kuchni. Owszem, ale kiedy gotuje się na cały tydzień...










      Co prawda  książkę, czytałam długo, bo aż pięć dni. Uważam, że warto. Warto zobaczyć, na chłodno przyjrzeć się temu wszystkiemu i dojść do pewnych wniosków. Może tak samo i u Ciebie, stanie się rytuałem, szykowanie wspólnego śniadania. I siadania do stołu bez telefonów, które są nie dość, że irytujące. To potrafią aż za bardzo zawładnąć życiem. Ocena 9/10











Publikowanie komentarza

2 Komentarze

  1. Czyli... jestem książkowym przykładem 😉 chętnie dowiem się więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Taka biografia brzmi szalenie ciekawie.

    OdpowiedzUsuń

Chcesz skomentować? Super! Chcesz wkleić link? Zastanów się dwa razy, czy sama to też lubisz u siebie? SPAM nie jest mile widziany.